Muzyka

niedziela, 8 lutego 2015


Zostałam uwięziona

 jak przeklęty przestępca,

Modliłam się o pomoc,

 bo nie mogłam tego znieść

Nie skończyłam,

To nie koniec.


Obudziłam się. Leżałam w pustym pokoju. To znaczy pustym, bo nikogo poza mną tam nie było.
- Jak się spało? - Zapytał chłopak stojący w przejściu.
- CO? Gdzie ja jestem? Co to za miejsce!? GDZIE DANTE?! - Krzyczałam wstając momentalnie z łóżka.
- Dante jest bezpieczny... - Zaśmiał się - Dałaś się nabrać.
- Że co? - Zapytała.
- Chodź słońce, pokażę ci coś - Powiedział i zaprosił mnie do windy. Po chwili byliśmy w ciemnym pomieszczeniu. Gdy wcisnął guzik pilota światło rozjaśniło cały pokój.
- Wprowadźcie Spardę! - Krzyknął. Zza drzwi wyszedł Dante.
- Co? Ty dla niego pracujesz? - Nie mogłam uwierzyć. On był pierwszą osobą od tylu lat której ufałam, a on tak zwyczajnie mnie oszukał!
- A co? Myślałaś że przypadkiem trafił do twojej celi? Zwłaszcza że mieli miliardy innych osób oddzielonych od świata, które z wielką chęcią by miały towarzysza do rozmowy? - Vergil chodził w kółko - Nie. On był twoim testem. Miałem nadzieję że jak reszta tych psycholi będziesz się na niego rzucała, zalewała go pytaniami, podpierdzielisz mu portfel! - Wymieniał - A ty tylko siedziałaś mając cały świat w dupie i czekając aż ktoś cię zabije. Cały czas, cały czas byłaś w tym pieprzonym kącie abo parapecie! Nie rozmawiałaś z nim... dopóki nie dostałaś okazji... - Zatrzymał się. Zrobił pauzę. - Jak widać nasz Dante odegrał swoją rolę zbyt perfekcyjnie. - Odwrócił się w stronę zdrajcy - Żołnierzu! - Dante stanął na baczność - Zaprowadź ją do pokoju i oprowadź ją po jednostce. Niech czuje się jak w domu - Powiedział i wyszedł.
- Luna.... - Zaczął Dante - To nie tak jak myślisz...
- Więc jak? To chyba jasne że nigdy nie myślałeś o mnie jak o człowieku! - Powiedziałam powstrzymując łzy - To jasne że byłam dla ciebie tylko narzędziem! Miałeś nadzieję na awans co? Czy może miałeś potrzebę spokoju od tego pojebanego kolesia! Tego zamaskowanego dupka! - krzyczałam.
- Proszę, nie mów tak o nim.. nie wiesz jaki jest... On chce ci pomóc...
- On? On chce mi pomóc? Jedyną osobą która chciała mi pomóc był mój brat Nick! Niestety już nie żyje! Umarł! Wiele lat temu! - Powiedziałam.
- Kto ci to powiedział? - Zapytał Dante.
- Rodzice.
- Z tego co mi mówiłaś, oni traktowali cię jak bezwartościowe gówno. - Skrzyżował ręce na piersi - więc skąd pewność że mówili ci wtedy prawdę? Może po prostu chcieli żebyś się poczuła jak jakiś pierdolony śmieć! - Krzyczał.
- Mam już tego dość! Zrób to co miałeś zrobić, i daj mi spokój! - Rozkazałam. Oboje wsiedliśmy do windy. Jedyne co zakłócało ciszę była ta cholernie wnerwiająca melodyjka!
- Więc chodź! Skoro tak bardzo chcesz się mnie pozbyć - Dante wyszedł i zmierzał prosto do jakichś drzwi. Wtedy coś zabolało mnie w piersi. Upadłam. - Co jest? - Zapytał spoglądając na mnie.
- Co się stało.... Dlaczego tak mnie tu boli....
- Rotti wczoraj cię tu postrzelił. Po prostu, chciał zachować wiarygodność. Nadal nie wiemy do czego jesteś zdolna, więc udał ze cię zabija, tak naprawdę celując tylko w miejsce między sercem a płucami, Jesteś bezpieczna - Wzruszył ramionami. Podszedł do mnie i pomógł mi wstać. Za pomocą karty otworzył wielkie drzwi i oto znaleźliśmy się w moim pokoju. Drogie dywany, tapety, pościele, poduszki... Aż mi się zrobiło niedobrze od tego przepychu. - To tutaj - Powiedział obojętnie i wyszedł pozostawiając mnie samą mojemu cierpieniu. Przypomniał mi się Nick.


9 lat wcześniej....

- Nie złapiesz mnie! - Krzyczała mała Luna.
- Luna! Luna! Czekaj! - Krzyczał za nią Nick, jej starszy brat. Chłopak był wysoki. Miał niebieskie oczy i krótkie brązowe włosy. Zatrzymał się. Oparł o drzewo, bardzo zdyszany.- Co się stało? - Zapytała dziewczynka. - Nic maleńka.... - Powiedział. Podszedł do niej - Zdajesz sobie sprawę, że za kilka tygodni już nie będziemy mogli tak biegać? - Dlaczego? - Wiesz.... Jadę do szpitala... nie na długo... ale póki jeszcze tu jestem i pamiętam, chcę ci to dać - Uśmiechnął się. - Wyciągnij rękę i zamknij oczy. - NIiick! Wiesz że nienawidzę niespodzianek! - Powiedziała.- Zaufaj mi młoda. - Luna zamknęła oczy. Zdjął swój "amulet" który zawsze mu towarzyszył w dobrych i złych chwilach, przynosił mu szczęście. Położył go na ręcę Luny - Otwórz oczy. - Powiedział. Dziewczynka widząc co jej podarował uściskała brata.-Dziękuję Nick! ALe... nie mogę tego przyjąć.... - Hej! Ja ci tego nie daję! Tylko dostajesz to ode mnie na przechowanie! Oddasz mi jak wrócę!- A kiedy wrócisz? - hmm trochę czasu minie....- A wrócisz na pewno?- Dla mojej małej Luny zawsze - Uśmiechnął się. 


Chwila dzisiejsza.... 

Nick chyba wiedział że nie wróci. Chciał żebym coś po nim miała. Coś czego nie spalą rodzice...
Niestety, gdy się dowiedziałam o jego śmierci wyrzuciłam ten naszyjnik i nie mogłam go znaleźć. Łzy pociekły z mojej twarzy. Cały ten czas, który poświęcił dla mnie, był jego ostatnim.
- Luna.... To znaczy Panno Forbes dostałem rozkazy i mam przekazać ci że za kilka godzin ty i Vergil...... - Dante wszedł do mojego pokoju. Nagle zamilkł - O KURWA! C się stało? Dlaczego płaczesz?
- Nick... Mój brat... on..... on się o mnie troszczył i musiał.... musiał skończyć tak jak skończył.... To ja powinnam zachorować! To ja powinnam umrzeć! - Oddycham. Dyszę na dywan. Łzy cieknął. Sekundy w ciszy mijają. Jedna. Dwie. Trzy. Wtedy Dante ją przerywa.
- No cóż... Nick był bardzo... zacnym człowiekiem....
- Nie znałeś go! On nie był zacny. On był aniołem! Zawsze w stosunku do mnie był serdeczny, miły... opiekował się mną! Chronił mnie przed moją własną matką!
- Dlaczego miał cie przed nią bronić? - Wstałam. Przeczesałam włosy palcami.
- BO ONA CHCIAŁA MNIE ZABIĆ! - Wrzasnęłam. Dante zaniemówił - Tak! Moja własna matka mnie biła, poniżała, i to ona oddała mnie do tego psychiatryka! - Dante milczał. Stał jakby zobaczył ducha - Co mi powiesz? Nadal uważasz mnie za psycholkę, dziwaka, a może za świruskę? Bo nie da się ukryć że jestem popierdolona! - Krzyczałam. Przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Wyrywałam się. Ale on mnie trzymał zbyt mocno bym mogła uciec.
- Nigdy nie uważałem cię za świruskę. - Powiedział. - Znalazłem to, gdy cię wynosili. Było w... w materacu.... - Powiedział. W jego ręce był wisiorek który dostałam od Nicka - To chyba.... dostałaś to od Nicka, prawda? - Zapytał.
- Tak... Skąd wiesz? - Otworzył srebrne kółeczko. W środku było zdjęcie moje i Nicka. Ja miałam zaledwie dwa latka, on miał już siedem.
- Stąd. - Uśmiechnął się. Założył mi wisiorek. - Radzę ci go schować... bo Vergil się wkuuurwiii - Przeciągnął specjalnie. - I on chce cię widzieć. Chodź, pokażę ci gdzie jest łazienka. Otworzył drzwi. łazienka była ogromna. - Tu jest prysznic, tam kibel.... A tam...- Naprzeciw drzwi stała wielka szafa po brzegi wypchana sukienkami i innymi takimi.  - Tu są twoje nowe ubrania....
- Ale po co mi? Mi wystarczą te - Wskazałam na to co miałam na sobie, wyżółkły, blady t-shirt i poprzecierane leginsy. Uśmiechnął się - A poza tym... tu jest za dużo sukienek.... czy nie ma przynajmniej jednej pary spodni....- Zaczął się śmieć.
- No cóż.... jeżeli Julia to ogarniała, to nie licz na nic poza kieckami i obcasami, a jeżeli Kat, to być może znajdą się też spodnie...Kat jest bardzo uniwersalna.... więc pewnie by były.... - Zaczął grzebać w szafie.
- Chyba... bardzo ją cenisz...- przeczesałam włosy palcami. Nie widziałam tego, ale wiedziałam ze się uśmiecha.
- No tak jakby... - Odwrócił się w moją stronę - Kat i ja spotykamy się już od... dwóch... nie! Trzech! Już od trzech lat...
- Oł... to gratuluję udanego związku.... - Byłam ledwo zszokowana. Czyli że od samego początku się myliłam? Wydawało mi się że Dante jest typem cwaniaczka, który z każdą jest tylko na jedną noc a tu.... TAKI SZOK!
- Dzięki..... Wiem że nie wyglądam na faceta który wielbi długotrwałe związki ale... nie ocenia się książki po okładce....
- Tak... ja właśnie myślałam że należysz do tej grupy drani.... - Podniósł brew do góry. Zaśmiał się.
- Bo....?
- Bo jesteś mega przystojny, umięśniony, seksowny, i ogółem typowy przystojniak, który może mieć każdą....
- No cóż... miło mi to słyszeć że tak o mnie myślisz... ale się myliłaś. - Podał mi parę dżinsów i T-shirt z napisem "Demons never cry" - Jak już mówiłem, Kat jest praktyczna. Pewnie kombinowała razem z Julią która zapewne nie chciała jej dopuścić do roboty ale ona jest niezłą cwaniaczką - Poczochrał mi włosy i wyszedł - Kenji po ciebie przyszedł! - Krzyknął zza drzwi. Szybko sie przebrałam i wybiegłam żeby zobaczyć kim był Kenji. Ciemnowłosy chłopak. Chyba był Azjatą.
- Nie tak sobie wyobrażałem pojebaną świruskę - Powiedział praktycznie rozbierając mnie wzrokiem.
 - Czyli? - Zapytałam podchodząc do niego i krzyżując ręce na piersi. Moje kruczoczarne włosy opadały na ramiona. Były klapnięte i proste jak druty, do czego już się przyzwyczaiłam. Podczas ośmiu lat w osamotnieniu, człowiek zaczyna mieć głęboko w dupie, co o nim myślą.
- No cóż..... wyobrażałem sobie ciebie jako paskudną okularnicę a tymczasem wyglądasz mi na najlepszy materiał na protytutkę.... - Powiedział. Uniosłam brew do góry.  - Dobra! Verg czeka! Chodź! - Zawołał. Weszliśmy do windy. - A więc... ska znasz Dantego? - Zapytał.
- Z celi - Powiedziałam pod nosem. Kenji się zaśmiał.
- Naprawdę? Łoo - Dalej się śmia.
- Co cię tak śmieszy? - Spojrzałam na niego kontem oka. Zwijał się ze śmiechu.
- Nic... tylko że wyobraziłem sobie co ja bym z tobą robił w celi gdyby to mnie tam wysłali - Walił głową w ścianę windy.
- Lepiej nie zaglądajmy w te rejony... dobrze?
- No cóż... kiedyś i tak oszalejesz na moim punkcie - Powiedział chowając dłonie w kieszeniach dżinsów. Wychodząc z winy posłałam mu mordercze spojrzenie.
- Luna, to naprawdę ty? - Zapytał jasnowłosy mężczyzna.
- Jak widać na załączonym obrazku - Powiedziałam.
- Nie pamiętasz mnie, mam rację? - Stał w cieniu.
- Ta... pamiętałabym psychopatę który się wziął nie wiadomo skąd i teraz mnie umieścił w bazie wojskowej - Wzruszyłam ramionami - Ale no cóż, takie życie.
- Dobrze cię traktowano? - Zapytał. Podszedł do kumputera.
- O tak! Wręcz uwielbiam jak obcokrajowcy proponują mi seks i porównują do dziwek - Uśmiechnął się pod nosem. Zaczął się śmiać.
- Cały Kenji! - Odwrócił się w moim kierunku. - Przepraszam ca niego, on po prostu taki jest. - Wzruszył ramionami - Dla niego każda dziewczyna jest idealny materiałem na prostytukę. - Podszedł do drzwi - Chodź! Muszę ci coś pokazać. Może sobie przypomnisz kim jestem - Poszłam za nim. Byliśmy w wielkim tunelu. Światła zapalały się jedno po drugim. Wsiadł do sportowego auta.
- Jedziemy? - Zapytał przekręcając kluczyki w stacyjce. Nie miałam wyboru. Musiałam z nim iść.  Wstadłam. Samochód miał skórzane pokrowce na fotelach i świeżo odnowioną tapicerkę.
- Gdzie jedziemy? - Zapytałam.
- Cóż za ciekawskie dziecko - Powiedział pod nosem wykręcając z garażu. Przeklnęłam pod nosem.

DANTE

Wyglądam przez okno. Do posiadłosci wjeżdża cabriolet Vergila. Wysiadają. Idzie z Luną do środka. Czekam na nich. U mego boku Kat i Julia.
- Cześć Dante! - Zawołał na mój widok białowłosy.
- Siema - Odpowiedziałem. Luna nawet na mnie nie spojrzała. Kat do niej podesżła.
- A więc ty musisz być Luna? Wiele o tobie słyszałam - Powiedziała ze stoickim spokojem.
- A ty pewnie jesteś Kat - Nowicjuszka specjalnie przedłużyła jej imię. Katherine skinęła głową. - Dante wspominał - Luna wskazała na mnie głową.
- OK! Koniec pogaduszek! Czas się zbierać do roboty - Przerwał im Vergil - kat, wiesz co robić - Powiedział a Kat niczym posłuszna niewolnica wypełniłą rozkaz. Wyjęła z wielkiej tuby kawałek papieru i spray. Każdy kontur dokładnie pokrywała śmierdzącą substancją znajdującą się w pojemniku.
- Ok... co mam robić? - Zapytała Luna.
- To jest portal do Atuum... Świata równoległego, tam mieskzają demony - Wyjaśniła. Właśnie dlatego to Kat była moją dziewczyną a nie Julia.
- Nie martw się, Dante będzie tam z tobą - Powiedział Vergil na widok wielkich oczu Luny, na wieść o demonach.
- Ale... ja nawet nie wiem co to za miejsce... - Jej łonie się trzęsły. Wystarczyło sie bardziej wsłuchać, by usłyszeć bicie jej serca. Było jak trzepoczące skrzydła.
- To był twój dom - Odpowiedział Białas ze stoickim spokojem.
- ja.. ja nie pamiętam - Uspokoiła się. Zwoliniła oddech, a wraz z nim łopotanie serca ucichło.
- Zaraz sobie przypomnisz - Wskazał głową na portal. Stanęła w nim, pełna niepewności. Było to widać po oczach. Stanąłem u jej boku.
- Nie martw się.... pierwsza podróż zawsze jest trudna - Uśmiechnąłem się by dodać jej otuchy. Nie patrzyła na mnie. Czym ja się do jasnej choleru u niej naraziłem??!

LUNA

Dante był blisko. Zbyt blisko. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów.
- Boisz sie? - Zapytał. Ja boję się? Niby czego? Twojej bliskości? Nie! WCALE!
- Nie... -Wstchnęłam cieżko i powoli wypuszczałam powietrze.
- Masz - Podał mi dwa pistolety. - Sirellion i Nastmar, są niezawodne. - poszedł swobodnie. Wszystko zaczęło przybierać na barwach. Było dużo czerwieni, której wręcz nie znosę. Czerwień. Czerwień to krew. Czerwień to krew na moich rękach. Czerwień to kolor miłości. Miłość oznacza słabość. Nie mogę okazać słabości. Nie mogę zawieść Nicka. Ścisnęłam ręce w pięści. Zacisnęłam szczęki. Podązyłam za nim. Usłyszałam dziecięce śmiechy gdy wchodziłam po chodach okrytych szkarłatnym dywanem.
- No dalej LUNA! No chodź! - Zawołał jakiś chłopczyk.
- Chwila..? Luna? - Zobaczyłam dwoje dzieci. Dziewczynkę i chłopca. Dziewczynka miała z dwa.. no może trzy latka. Pobiegłam za nimi. Poprowadziło mnie to do pokoju. Zawieszony był w  nim wielki obraz.
- To był pokój twojej matki - Powiedział Dante. Moja matka? Ona chciała mnie zabić! - Nie martw się. Twoja matka to nie ta sadystyczna zdzira którą nazywałaś "mamusią" - Wzruszył ramionami. Skoro nie ona była moją matką, to kto? Zamknęłam oczy. Starałam się ją przypomnieć. Przypominałam sobie jedynie krew. To właśnie wtedy zaczęła się moja historia. Od krwi. Od śniegu przesiąkniętego krwią. - Chodź - Dante wziął mnie za rękę. Pociągnął za sobą. Zobaczyłam dzieci wychodzące spod łóżka. Śmiały się. Przykucnęłam tam i wsadziłam dłoń w ciemności. Wyciągnęłam stamtąd stare zdjęcie. Było z tyłu podpisane "Rodzina Phantohive i ich dzielny pies, Sparda" Na zdjęciu była szczęśliwa rodzina. Kobieta o kruczoczrnych włosach, jak moje i mężczyzna o włosach biały jak śnieg.  Przy matce stał chłopiec trzymając ją za rękę, był uderzająco podobny do Vergila. Dziewczynka siedziała na kolanach ojca przytulając się do niego. Ona wyglądała jak... ja.
- Dante! Dante chodź tutaj! - Zawołałam.
- Co? - Zapytał od niechcenia.
- Czy jest możiwość że ten chłopiec... że ten chłopiec to Vergil? Sam spójrz! Uderzające podobieństwo!
- Poczekaj - Przyglądał się zdjęciu -Tak, to Vergil.
- A ta mała dziewczynka...
- Tak! to ty - nie dał mi dokończyć.
- Czyli że Vergil jest moim...
- A ją? Kojarzysz ją? - Dante przerwał mi rozmyślanie. Wziął mnie za ramię i pociagnął za sobą do obrazu. Na dole ramy było wygrawerowane imie.
- Elina - Przeczytałam na głos. Przyjrzałam jej się. Miałyśmy takie samo włosy, takie same oczy. A Vergil miał jej nos. Koło pod imieniem zabłyszczało na niebiesko. Dotknęłam go. Przyciagnął resztę mojej ręki. Zaczęła się po niej wspinać niebiesko-czarna narośl. Czułam że na moich plecach się coś pojawia. - Co się dzieje? - Dopytywałam.
- Ona... chyba łączysz sie z jakąs bronią! - Zwołał Dante podekscytowany. Odwróciłam się. Na plecach miałam kryształowy miecz. Na rękojeściu było wygrawerowane  "Artemis". Wtedy z podłogi zaczęły wyskakiwać potwory...
- Fuckin Demons - Powiedział pod nosem. - Wiesz jak strzelać z pistoletu? - Zapytał. A kto by nie wiedział? Wyjęłam Sirellion i Nastmar. Podniosłam je na poziom ramienia. Pociągnęłam za spust, Naboje nie były zwyczajne. One były specjalne, przeciw demonem. Skąd to poznałam? Lśniły na niebiesko. Niebieski to kolor aniołów. Dante zaczął szarżować na demony. Skoczył jednemu na barki. Skręcił mu kark.
- Jak widzisz, życie tutaj nie jest łatwe - Mruknął pod nosem. - Kat nieługo otworzy portal. Musimy się już wracać - Nie ruszałam się Podszedł do mnie - Luna, rozumiem że wszystko co tutaj przeżyłaś to dla ciebie szok. Ale nie martw się, ja miałem tak samo. Pierwsze przejście do Atuum zawsze jest najtrudniejsze.
- Pierwsze? to będzie tego więcej? - Zapytałam. Skinął głową. Przytuliłam się do niego. Miałam ochotę płakać, ale nie zrobiłam tego. Nie mogłam okazać słabości. Nie teraz, nie w tej chwili!
- To idziemy? - Odsunęłam się. Wziął mnie za rękę. Wtedy dostrzegłam w rogu pokoju czarną różę. Podeszłam do niej.
- Czarna róża - Powiedziałam. Wzięłam ją do ręki.
Luna, to naprawdę ty?
To był twój dom
Nie pamiętam....

Nie byłam już w jednym pomieszczeniu z Dantem. Tak właściwie... to było w ogóle pomieszczenie? Pełno latających kamieni z wygrawerownymi runicznymi wzorami. Kamienny most. Rozwalony, na dodatek.
- Co do cholery...? - Zapytała. Przede mną wszystko zaczęło się układać. Stanęłam na jednym głazie. Nic. Przebiegłam, aż do wielkiej szczeliny. Poczułam szczypanie w prawej dłoni. Spojrzałam. Zaczęła lśnić na zielono. - O KURWA! - Powiedziałam. Pojawily się demony. Przypominały mi małe, oszpecone amorki. Wyjęłam Artemis. - Czas zobaczyć na co mnie stać - Westchnęłam. Skrzydlate potwory wylądowały na ziemi. Zaczęły się przekształcać w coś innego. Miały długie jastrzębie nogi, skrzydła i kocie pazury. Zaszarżowały na mnie. Popchnęły mnie do tyłu. Złapałam równowagę w ostatniej chwili. Stanęłam twardo na ziemi. Podniosłam miecz. Był jednoręczny. Lekki. Przeniosłam ciężar ciała na rękę w której go trzymałam. Z całej siły zamacham się na jednego z demonów. Odcinam mu głowę. Bezgłowe ciało biega w kółko, aż spada w przepaść. Spojrzałam na drugiego demona. Skupiłam się. Z całej siły. Wtedy krew zaczęła się w nim gotować. Wypływała oczyma i ustami. Na ramionach pojawiały się bąble które później wybuchały i tryskały krwawożółtą mazią. Rozpadł się w pył. Pobiegłam dalej. Zaczęłam skakać po kamieniach. Wtedy zobaczyłam dziwny, chyba złoty głaz. przypominał czaszkę smoka. Na środku był taki sam wzór jak na rękojeściu Artemis. Uderzałam w niego z całej siły. Na próżno, Dotknęłam go prawą ręką. Znak zabłyszczał na zielono. Zniknął. Wtedy czułam że staję się coraz słabsza. Świat zaczął wirować.
Pojawiła się kobieta z kruczoczarnymi włosami. Pamiętam. Pamiętam moją matkę. Ma na imię Elina, to od  niej dostałam ten dziennik. Ten w którym pisze wszystko. Miałam też brata. Ojca nie pamietam. Byliśmy blisko. Byliśmy rodziną. Wtedy, pojawiły się demony. Zabiły ją, gdy chciała nas ratować. Wcześniej usunęła nam wspomnienia. Jacyś ludzie.... Jacyś ludzie zabrali nas i rozdzialili, byśmy byli trudniejsi do namierzenia. Pamiętam, krew mojej matki na rękach obcego mężczyzny. Pamiętam jak pożerał jej serce. Pamiętam z jaką nienawiścią na niego patrzyłam.
Obudziłam się. DDante nade mną stał.
- Wszystko dobrze? - Zapytał.Milczałam. Nadal byłam w szoku. - Nic ci nie jest? - Napotkałam jego spojrzenie. Był pełen troski.
- Tak... w porządku - Wstałam. Przeczesałam włosy palcami. Zabrałam czarną różę. Schowałam ją do kieszeni. Dante wyszedł. Poszłam za nim chwiejnym krokiem. Nadal bolało mnie w piersi.
- Luna... może ci pomóc? - Zapytał. Nie odzywałam się. Sekundy w milczeniu mijają. idąc podpierałam się o ścianę by nie utracić równowagi.
- Nie. Nie trzeba. - Odezwałam się w końcu.
- Przeżyłaś szok... - Zaczął.
- NIE! Wszystko dobbrze okey? Nie musisz mnie traktować jak dziecko! - Wrzasnęłam resztaki sił.
- Wcale cię nie traktuję jak dziecko! Martwię się o ciebie i twoje zdrowie! - Krzyknął. Pojawiły się mroczki. Ciemność przed oczami. Podszedł do mnie. Podał mi jakiś dziwny kamień runiczny. - Masz. Odzyskasz siły - Uspokoił się. Co ja mam z tym kurwa zrobić? Przyłożył mi to do serca. Zaczęłam odzyskiwać siły. Stałam prosto. Odzyskałąm równowagę. - Lepiej? - Skinęłam głową. - To dobrze - Był niesamowicie poważny. Szliśmy dalej w całkowitym milczeniu. Słyszałam bicie jego serca. Jego pierś unosiła się i upadała.
- Gdzie jest portal? - Zapytałam.
- Tam gdzie rozpoczęła się nasza podróż po tym zajebistym miejscy - Mruknął pod nosem.
- ZAJEBIŚCIE! - Wrzasnęłam. Dante zwiął mnie za rękę. Pociągnął za sobą. Przyśpieszył kroku. Biegliśmy. Obejrzałam się za siebie. Wszystko zaczęło zmieniać formę. Wbiegliśmy w pokój. Stamtąd widzieliśmy wszystko. W tym portal.
- SZYBCIEJ DANTE! - Zawoała Kat. Widziałam ją. Podłoga była podzielona na różne kwadraty, trójkąty i w ogóle na różne fragmenty.
- SKaczemy - Powiedział Dante. Jeszcze bardziej ścisnął moją rękę, jakby chciał wiedzieć że nadal jestem obok. Spojrzał na mnie. Uśmiechnął się. Zeskoczył. ja zaraz po nim. Lądując złapał mnie w pasie. - Uważaj - Upomniał mnie.
- O... jak słodko. Zależy ci - Powiedziałam żartobliwie.
 - Jak coś ci się stanie Vergil mnie zabije - Odburknął. Tym razem ja wzięłam go za rękę. Bałam się że coś sie stanie. A poza tym, nie chciałam żeby kazał mi wyjąć prawą rękę z kieszeni dżinsów. Nie chciałam żeby zobaczył to... to coś. Pobiegliśmy byle szybciej. W ostatniej chwili wskoczyliśmy na portal. Stanęliśmy przed vergilem i Kat i Julią.
- Jesteś moim bratem - Powiedziałam do Vergila.  Uśmiechnął się.
- Starszym bratem. - Wyjął spod płaszcza medalion. Taki sam jak myślałam że dostałam od Nicka - Dostaliśmy je od matki... Gdzie jest twój? - Zapytał. WYjęłam go z kieszeni. Założyłam. Mój był czarny, jego błękitny.
- Najwidoczniej wiedziała że ta chwila nadejdzie - Powiedziałam. Skinął głową. Odwróciłam się do Dantego. Przytulał się z Kat. Poczułam jak mi się skręca w żołądku... a może raczej.. może tak właśnie czują się dziewczyny ze złamanym sercem? Vergil przyciągnął mnie do siebie.
- Tęskniłem siostro - Powiedział targając mi włosy. Może w końcu znalazłam swoje miejsce?

Rozdział 2

Rozdział 2


Nie czuj

Nie przeżywaj

Bądź silna

Nieustraszona

Może pewnego dnia będę

Może pewnego dnia

Będę wolna

I taka jak chcielibyście żebym była



- ŚNIADANIE! - Powiedziałam Dantemu rzucając mu papierową torbę, a swoją wyjmując spod koszulki. Zawartość mojej była większa, ale ważne że Ric się starał zrobić mniej więcej takie same.
- Dzięki. Powiedz Ricowi że jestem mu wdzięczny! - Zaczął żuć bułkę.
- Nie trzeba mu nic mówić. On wie. - Wzruszyłam ramionami i usiadłam w kącie.Wyjęłam jabłko i wgryzłam się w nie.
- Naprawdę?
- Ric jest jasnowidzem.. medium.. tak mi się przynajmniej wydaje - Wzruszyłam ramionami  -Zna to miejsce jak nikt. Ma różne kontakty... gdyby nie on.. to pewnie byłby już mój koniec... - Powiedziałam. Koniec mojej smutnej, samotnej egzystencji Koniec tej bestii którą jestem.
- Skoro Ric tak dobrze zna to miejsce.... może by też wiedział jak stąd uciec - Spojrzałam na niego. W jego oczach zobaczyłam błysk szaleństwa, błysk nadziei.
- No możliwe... - Założyłam włosy za ucho. - Zapytam go... - Cisza. Sekundy miajają. Raz. Dwa. Trzy.
- Czyli jednak masz dość tego miejsca? -Przerwał tą piękną ciszę - Jednak chcesz żyć? - Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Życie tu, czy tam? - Wskazałam głową na okno - Żadna różnica. I tak nikt mnie nie zaakceptuje - Wzruszyłam ramionami. Zasmiał się.
- Naprawdę myślisz że świat cię nie chce? - Skinęłam głową - Nie wiesz tego? Świat cię woła! Widać to każdego dnia. Zawsze gdy siedzisz wpatrzona w to pieprzone okno... dziwne że tego nie czujesz. - Wgryzł się w bułkę.
- Jaki masz plan - Mój głos był wyprany z emocji. Uśmiechnął się.
- Zobaczysz - Na jego twarzy pojawił się uśmiech.


Dante


- Ja ci mówię, że to będzie niewypał - Luna krzyżowała ręce na piersi bez przekonania, gdy usłyszała mój przeepicki plan.
- To nie będzie wypał - Powiedziałem.
- No! W końcu mówisz po ludzku...
- To będzie ZAJEBISTOŚĆ! - Powiedziałem.
- Jesteś debilem - Powiedziała.
- Masz rację - Wzruszyłem ramionami - Ale ucieczka jest jedyną szansą na wolność - Całe szczęście, w kamerach nie ma mikrofonu więc udawaliśmy że się kłócimy i zachowaliśmy pozory.
- Nie rozumiesz? oni nas zabiją! - Wrzasnęła.
- Jeżeli Ric nam pomoże to nas nie zabiją - Wtedy do celi wszedł Ric.
- CO ja? CO JA? Ja miałem wam tylko przygotować mapę! - Powiedział i dał nam tace z jedzeniem. Pod nimi przyklejone były kartki z dokładnie rozrysowanym planem Instytutu.- Powodzenia - Zamknął drzwi.
- To jak? Uciekamy? - Zapytałem Luny.
- Uciekamy - Potwierdziła. Odgarnęła włosy z twarzy.
LUNA
Godzina 23:31. Wszystko przygotoweane. Ric zostawił nam klucze do celi. Dante spojrzał na mnie
- Gotowa? - Zapytał.
- Gotowa - Skinęłam głową. Otworzył drzwi. Ostrożnie przekradaliśmy się między korytarzami. Wtedy usłyszeliśmy alarm/
- CO DO CHOLERY! - Krzyknął.
- Prysznic! A co? Nie pamiętasz? - Odpowiedziałam mu. Wszyscy strażnicy zamiast otwierać drzwi skupili się na nas.
- Kurwa - Powiedział pod nosem.
- Ja biorę tych z lewej a ty bierzesz tych z prawej? - Zaproponowałam.
- To jest na poważnie. - Powiedział twardo. Wtedy coś we mnie wstąpiło. Nagle wiedziałam co robić. Skupiłam się. Spojrzałam na żołnierzy. Wszyscy chwytając się za głowę upadli na podłogę.
- CO ty...? Jak? - Zapytał mnie Dante gdy ucielakiśmy. To było za łatwe. Zdecydowanie zbyt łatwe.
- Musimy biec szybciej. Ja ich nie zabiłam , tylko ich ogłuszyłam. Mogą się nieługo wybudzić - Wrzasnęłam. Przyśpieszyliśmy. Opuściliśmy Instytut. Spjrzałam ostatni raz na jego okno. Moja cela. Pusta, szara. Jedyne miejsce które odwiedzałam przez ostatnie kilka lat życia, to była ta pieprzona cela! Dante wziął mnie za rękę.
- Biegnij! - Wrzasnął. Prowadził. Biegliśmy pustymi, smutnymi i zniszczonymi uliczkami. Ktoś nas gonił. Odwróciłam się. Mężczyźni ubrani na czarno. Strzelali do nas. Dostałam. Upadłam. Dante podbiegł do mnie. - LUNA! Wstawaj! Luna! - Krzyczał. Mężczyzna w czarnym hełmie podszedł do mnie. Schylił się. Pojawiła się ciemność. Ostatnie co słyszałam to Dante wołający moje imię. Czułam że umieram. jak zycie ze mnie ulatuje. Przed moimi oczami pojawiła się nicość. W niej pojawił się Nick.
- Luna - Powiedział i przyszedł mnie przytulić. Wyglądał jak Nick, miał jego głos, miał jego oczy. - Nie wierzę że znów cię widzę! - Powiedział. Pozwoliłam łzom ulecieć. Spływały na jego tors. Odsunął mnie od siebie. SPojrzałam w jego niebieskozielone oczy - Nie możesz się poddać - Powiedział do mnie.
- Ale ja... ja nie dam rady! To... to mnie przerasta! - Krzyczałam łkając. Przeczesałam włosy palcami.
- Nie. Luna, to się dzieje w twojej głowie. W twojej głowie to też się zakończy, Uwierz mi! Wierze w ciebie - Powiedział i zniknął w ziemnościach.
- NICK! NICK! - Wrzeszczałam za nim. Opadłam na kolana. Ukryłam twarz w dłoniach. Mój dziennik. Mój jedyny przyjaciel. Jedynie on mi został.

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 1



No zestrzel mnie
Nie stracę nic 
Śmiało więc, bij
Namierzasz cel
Trafiasz mnie
Podnoszę się
Nie zniszczysz mnie

Obudziłam się o piątej ranu. Miałam koszmary - jak co noc. Wstałam. Włosy miałam tłuste i ogółem cała śmierdziałam potem (co mi czasami zapachem przypominało nagrzany pasztet), i winą. Usiadłam w kącie. Odgarnęłam włosy z czoła, uświadamiając sobie, że być może, nie jestem pierwszą osobą która znajdowała się w tym położeniu. Może ktoś przede mną siedział w tym właśnie kącie, łkając i myśląc o własnym końcu? Usłyszałam żelazną zasuwę. Podniosłam głowę ukrywając dziennik. Drzwi się otworzyły. Kto by pomyślał? Ja próbowałam je otworzyć miliardy razy, i nic z tego nie wyszło, a im to przyszło z taką łatwością.
- Przydzielamy ci współlokatora  współwięźnia, nikt nie chce być samotny   dziwak jak ty! Koniec odizolowania od świata!  Już nigdy nie ujrzysz blasku słońca. Z pewnością się zaprzyjaźnicie  radzę ci się z nim dogadać, albo zjecie się nawzajem - Powiedzieli. Do mojej celi, zawsze pustej, w której byłam jedyną żyjącą istotą wszedł chłopak. Miał ciemnie włosy, lekko wygolone przy uszach. Był umięśniony, dobrze zbudowany, idealnie symetryczny. Miał na sobie bokserkę i zwyczajne dżinsy wsadzone w czarne trapery. Jak ja dawno nie widziałam dżinsów! Miał piwne oczy. Wszedł na luzie do celi. Wtedy dostrzegłam na jego ramieniu zwisał czarny skórzany płaszcz z czerwoną podszewką od spodu. Podsumowując  był po prostu typowym przystojniakiem i typem złego chłopca.
- Hej! - Powiedział  gdy drzwi znów zostały zamknięte. Milczałam. - Kim jesteś? - Zapytał. Skuliłam się. Ukryłam twarz. Nie chciałam spojrzeć mu w oczy i pokazać mu, jak straszną istotą jestem. No cóż, zdziwiło mnie, że nie zauważyłam drugiego łóżka, nieopodal mojego. Pewnie wnieśli je w nocy, a ja byłam zbyt przejęta koszmarami, by się budzić z  byle powodu. Wpatrywał się we mnie. Skanował. Przetwarzał dane, jak najlepszy komputer. - Boisz się mnie - Stwierdził. "no nie gadaj!" pomyślałam - Nie powinno tak być. Będziemy tu razem mieszkać, powinniśmy się przyjaźnić, lub przynajmniej tolerować - Z trudem powstrzymywałam śmiech. Z taką bestią jak ja, nie da rady się przyjaźnić. Siedziałam na parapecie z podkulonymi nogami. - Nie chcesz ze mną rozmawiać? czy po prostu nie mówisz? - Wpatrywałam się w okno. Poza kratami nie widziałam nic, ale to i tak lepsze niż patrzenie na kogoś kto za chwilę i tak będzie próbował mnie zabić. - Czy ty mnie słyszysz? - Zapytał.
- Tak! Cholernie dobrze słyszę, i mam cię dość! Ledwo co wszedłeś do mojej celi i już chcesz wszystko zmienić. Do tej pory, było tu cicho i nikt nic nie mówił. Więc radze ci się przymknąć, bo chcę mieć spokój - Odwróciłam głowę w jego stronę. Patrzył na mnie oszołomiony.
- DOBRA! Nie musisz być taka agresywna! Spięłaś się jak mrówka do srania! - Powiedział i położył się na swoim łóżku. Ja nadal siedziałam skulona. Bałam się go, choć wiedziałam że wystarczy trochę siły i skupienia a już by było po nim. Nie wiem jak, ale bym się go pozbyła. Co prawda.. nie był groźny, przynajmniej nie dla takiego potwora jak ja, ale lubię siedzieć sama bez.... bez kogokolwiek z kim można prowadzić ciekawe rozmowy  kogo mogłabym skrzywdzić. Minuty  w ciszy mijały. Wtedy się odezwał - A kiedy dostajemy szamę?
- Prawie nigdy... - Odpowiedziałam cicho.
- Czyli że co? Mamy cały dzień spędzać w tej pieprzonej celi, a jeżeli będą mieli zajebisty humor to być może nas nakarmią? - Skinęłam głową - ZAJEBIŚCIE! - Wrzasnął i uderzył pięścią w ścianę. Myślałam że zaraz zapadnie się na nas sufit. Całe szczęście  Niestety tak się nie stało. Chciałam już doczekać swojego końca. Pewnie i tak on nie nadejdzie. Bo ten pierdolony świat jest do dupy, a śmierć o mnie zapomniała! - No i co teraz? Zabrali mnie tu a ja nawet śniadania nie zjadłem! - Krzyczał. Ja całe szczęście miałam dobry kontakt z szefem kuchni. Zawsze rano przynosił mi bułkę.
- Masz - Podałam mu suchą bułkę z masłem i czymś co najprawdopodobniej było szynką. - Jedz i ale bądź cicho, próbuję się wyciszyć żeby przynajmniej dzisiaj nie wpaść w furię. - Znów usiadłam na parapecie.
- Ok.... - Bez słowa zaczął jeść. - A więc skąd jesteś? - Wypytywał. Przecież ten frajer miał siedzieć cicho! Milczałam. - Hej! Mówię do ciebie!
- CO JEST? DLACZEGO MNIE TAK CIĄGLE WYPYTUJESZ,CO? ZGŁĘBMY DUSZĘ LUNY, POZNAJMY LUNĘ. SORRY, ALE NIKT MNIE NIE I TAK NIE ZNA A JA NIE ZAMIERZAM Z TOBĄ ROZMAWIAĆ DŁUŻEJ NIŻ TO KONIECZNE! - Wrzasnęłam. Uśmiechnął się.
- Uświadamiasz sobie, że właśnie zdradziłaś mi swoje imię?- Tego nie przewidziałam. Miałam go przestraszyć, żeby się zamknął i przestał robić z siebie idiotę a on tylko się śmieje - Miałaś zamiar mnie przestraszyć tak? Niestety moja droga, ja jestem nieustraszony! - Wsadził ręce do kieszeni. Przekrzywił głowę, świat łamie się na pół. Moje serce bije szybciej. OPANUJ SIĘ< OPANUJ SIĘ! OGARNIJ EMOCJE!
- Jest pięta rano, może chcesz iść spać? - Chrząknęłam.
- O kurwa! Zabrali mnie tutaj tak wcześnie? Ja się czułem jak o piątej piętnaście....
- A jest jakaś różnica?
- Hmm no tak! Chodziło mi o siedemnastą..... - Zaczął myśleć. Położył się na łóżku. Zamilknął.

Dante

Luna cały czas tylko siedzi i patrzy się w okno, Nie wiem co ona takiego przeszła ale... cały czas musiała być sama. Sama cierpiała, sama była w każdym momencie swojego życia. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ona odpowiada mi tylko na pytania "Tak" "Nie" albo "nie wiem" i coś pisze w dzienniku. 
- Juz dwudziesta, radze ci iść spać, bo śniadanie dają o piątej a jak nie wstaniesz to ci minie jedyny posiłek - Powiedziała. I tak leżałem. Wpatrywałem się w sufit bez słów. Ona siedziała na parapecie wpatrując się w żelazne kraty
 - Spojrzeniem ich nie wyłamiesz. - Mruknąłem pod nosem. Przewróciłem się na bok, plecami do niej.
- Nie gadaj - Chyba mnie nie lubiła. Zaśmiałem się - MOJE CIERPIENIE ROBI CI FRAJDĘ? - Zapytała.
- Tak, to jest zajebiście zabawne. - Wzruszyłem ramionami. - Sama każesz mi spać, a się nie kładziesz..
- Bo nie chcę. Ja nie śpię. Potwory nie śpią - Potwory? Jakim ona była potworem? Piękne i  długie czarne włosy. Duże, lśniące oczy, idealnie blada skóra.
Wpatrywała się w księżyc. Odgarnęła włosy z twarzy. Oparła głowę o ścianę. 

Luna

Zadzwonił "alarm".
- O KURWA! Co się stało do jasnej cholery!? Pożar? WIEDZIAŁEM! Wiedziałem że z tym pierdolonym miejscem jest coś nie tak do jasnej cholery! - Dante zaczął panikować.
- Nie pożar, tylko kąpiel. - Powiedziałam. 
- PIERDOLISZ! - Krzyknął. 
- Nie. Daj mi rękę. Mamy pięć minut! - Chwyciłam go za rękę. Drzwi się otworzyły. Na korytarzu było ciemno. 
- Że co? Pięć minut? Dlaczego tylko tyle?
- Normalnie jest piętnaście, ale odejmując czas przejścia i dobicia się do łazienki właśnie tyle zostaje. No i jeszcze odejmując powrót. - Chwyciłam go za nadgarstek i pobiegłam po omacku. Znałam te korytarze jak nikt. Ja byłam najczęściej wywożona do tych różnych pokoi tortur które miały nam pomagać. Niestety, tylko wprowadzały nas w obłęd.
- Ok! Masz mydło! - Podałam mu małą kostkę mydła. Tylko tyle zostało.  Zostały dwie małe kostki mniej więcej tego samego rozmiaru.
- A co mam zrobić z ubraniem? - Zapytał.
- Ymm zdjąć? - Zapytałam retorycznie.
- Nie o to chodzi! Gdzie mam je zostawić?
- Odłóż gdzieś na bok. I szybko! Zostały dwie minuty! - Powiedziałam. Ja oczywiście miałam najłatwiej. Rozciągnięta długa koszulka i leginsy które ściągnęłam jednym płynnym ruchem. Szybko odkręciłam korek. Moje ruchy były mechaniczne. Zimna woda zaczęła cieknąć po mojej twarzy. Zakręciłam. Podałam Dantemu ręcznik.
- Tak szybko?
- Musimy szybko dojść do celi inaczej nie dostaniemy śniadania - Powiedziałam ponuro. Chwyciłam go za rękę i pobiegłam ciągnąc go za sobą. Zaczęły zapalać się światła. W ostatniej chwili zdążyliśmy. Drzwi się zamknęły, a blade światło znów rozjaśniło celę. Wtedy zauważyłam że w celi nie było Dantego. Usłyszałam odgłosy bójki. Wtedy został wepchnięty do celi.
- Młoda! - Krzyknął jeden ze strażników. Podniosłam głowę. - Śniadanie - Stałam chwilkę zastanawiając się co zrobić. Pójść czy zostać z Dantem i zobaczyć co się stało. - SZYBCIEJ! - Popędzali. Wyszłam. Oglądając się niepewnie za siebie.

Dante

Drzwi celi zostały automatycznie zamknięte. Poczułem czyjąś zimną dłoń na ramieniu.
- Wiesz z czym to się wiąże - Powiedział basowy głos.
- Wiem - Odwróciłem się w jego stronę - Ale nie będzie wam ze mną tak łatwo - Walnąłem mu z kolana w brzuch. Zablokowałem cios. Prawy sierpowy, lewy sierpowy. Skoczyłam na jego barki i zabrałem mu paralizator. Wycelowałem w niego. Niestety wykręcił mi rękę i wrzucił do celi gdzie Luna już czekała. Stała na środku z mokrymi włosami. 
- MŁODA! - Krzyknął facet - Śniadanie - Ona stała przez chwilę, po czym wyszła. Nie zważała na mnie. Wcale. Tylko pomogła mi trafić do prysznica.... Nie rozumiem. Może to pora żeby mieć ją w dupie.... żeby przestać się zamartwiać i zacząć pieprzyć cały świat? Byłe żeby przestać czuć. Drzwi się zamknęły. Położyłem się na łóżku. Próbowałem sobie przypomnieć przeszłość. Krew. Pełno krwi. Wampiry. Zabiły mnie, ukradły moją duszę. Zabiły to kim byłem, ukradły to kim byłem. Nie pamiętam nic sprzed tego okresu. Tylko wampiry. Kto mnie uratował? ktoś kto mnie teraz tu posadził. Poczułem jak moje ręce stają się gorące. Serce zaczęło bić szybciej.
- OPANUJ TO! OPANUJ TO! - Krzyczałem sam na siebie by się uspokoić. Wpatrzony w sufit leżałem na łóżku. Jak Luna to robiła? Cały czas odkąd tu jestem była taka opanowana... taka cicha... a mówili mi że ona jest agresywna....

* - Witaj Dante w Instytucie Likwidacji - Powiedział kierownik oddziału. - Miło wiedzieć że istnieje chociaż jedna osoba, na tyle odważna żeby sama się tu zgłosić ze swoim upośledzeniem - Mówił. - Niestety, wolna jest tylko cela jednej z naszych najgorszych podopiecznych. Wróżymy jej daleką śmierć.. Jest zbyt silna... zbyt niebezpieczna. - Mówił. - Mam nadzieję że się dogadacie... i że będzie w miarę ogarnięta." Instytut Likwidacji? Ten facet był przecież zajebiście miły....." pomyślał Dante. Strażnicy go prowadzili do celi. 

- Młody - Powiedział do niego jeden z nich - Ta dziewczyna jest trudna. Nawet my jej nie złamaliśmy. Próbowaliśmy już wszystkiego, a ona nadal albo wpada w furię albo myśli...

- KENT! Ta bestia nie myśli! - Powiedział drugi. Dante miał ochotę mu przywalić. - Przecież ona ciągle tylko siedzi przy tym oknie! Pamiętasz jak ostatnio uciekła? O boże! Jak nią rzucało... 

- Luna nie jest psycholką - Powiedziałem do siebie - Ona po prostu miała trudne dzieciństwo.. - Bo kto nie miał trudnego dzieciństwa? Ona  siedzi tutaj od dwunastego roku życia, tyle się dowiedziałem przynajmniej z jej akt. Musiała szybko dorosnąć, szybciej dojrzeć. Nie mogła płakać za mamusią i tatusiem, który tak ją kochali ze aż się jej pozbyli. Pozbyli się również moich rodziców. Powód? Nie byłem pewny. Oni przecież byli normalni. Nie byli groźni, chcieliśmy wieść normalne życie.. Niestety, Instytut likwidacji nam je odebrał! 

14 lat wcześniej...

Mały chłopiec został pozostawiony w lesie. Dorwały go wampiry. Czy to był Dante? Tak. Był pewien, że zginie. Że zostanie zabity... Pojawił się wysoki, srebrnowłosy mężczyzna. Polała się krew. Mnóstwo krwi. Śnieg przesiąkł czerwienią. Chłopak odwrócił się w stronę Dantego. Twarz miał umazaną krwią. W ręku trzymał yamato. 
- Nic ci nie jest? - Zapytał. Dante nie mógł mówić. Skinął głową. - To dobrze. Gdzie twoi rodzice? 
Dante nie mógł nic powiedzieć. Bał się. - Młody? Coś nie tak?
- Ja.... ja nie mam rodziców... - chłopak zaniemówił - Zostały zabite przez wampiry. Oni kazali mi uciekać z wujkiem. On mnie tu zostawił i poszedł walczyć z wampirami... już nie wrócił.... - Dantemu napłynęły łzy do oczu. 
- Chodź młody - Mężczyzna około dwudziestoletni wziął go za rękę i poprowadził do najbliższego domu. 


CHWILA DZISIEJSZA....

- tyle krwi.... - Powiedziałem. Ta krew. Ona skaziła moją duszę. Wydawało mi się, że coś kapie na moją głowę. Wydawało mi się, że to krew, To było złudzenie. 

LUNA

- I jak młoda? - Zapytał mnie Ric gdy mieszałam widelcem w jakiejś szarawo-czerwono-.żółtej papce. 
- Obrzydliwe - Powiedziałam.
- Szczera, jak zwykle! - Podsumował. Podał mi pod żelaznym stołem paczkę.
- tylko jedna? - Szepnęłam.
- Zawsze była jedna. Skąd ta zmiana?- Zapytał.
- Wiesz że do instytutu doszedł nowy. - Skinął głową - No i on dzisiaj nie dostał śniadania, i najprawdopodobniej przez o, że walczył z nimi nie dostanie w najbliższych trzech tygodniach, a może nawet dłużej...
- Aham....
- Chodzi o to że... Czy mógłbyś....
- Mam mu też robić paczkę? - Odgadnął. Ric zna mnie cholernie dobrze  Ric nie zna mnie aż tak dobrze jak mu się zdaje. 
- Tak.
- Jasne... tylko ostrzegam, nie będą takie wypasione jak twoje - Odszedł od stołu. Ja skończyłam jeść kaszopodobne coś i powiadomiłam strażników że idę. Paczkę od Rica schowałam pod koszulką (dlatego była taka rozciągnięta) u wyszłam. 

DANTE

Luna wchodzi do celi.
- Zostawiłaś mnie - Powiadomiłem ją.
- Mogłeś się z nimi nie bić. 
- Mogłem, ale chciałem się z nimi bić więc ich pobiłem. - Wyjęła coś spod koszulki. Papierowa torba. 
- masz! - Rzuciła mi jabłko.
- Skąd to masz?
- Ty nie wiesz, o Ric'u? Kucharz. Jedyna pozytywna osoba w tym koszmarnym miejscu. Powiedziałam mu o tobie. Będzie robił ci takie paczki jak mi, tylko "nie takie wypasione" - Wzruszyła ramionami - Nie ma za co - Znów usiadła na parapecie. 
- Jak dobrze go znasz? - Spytałem.
- Na tyle dobrze, żeby wiedzieć że mogę mu ufać - Wzruszyła ramionami - Tobie też radzę zacząć. Wyjęła bułkę i zaczęła jeść. Zdziwiła mnie. Z jednej strony - ma mnie w dupie, z drugiej strony - opiekuje się mną. Pojebany ten świat. 



        


piątek, 16 stycznia 2015

Wstęp

Chwila dzisiejsza....

- Mam już tego dość! - Krzyknęłam w napadzie złości - KURWA! Dlaczego to właśnie ja? Dlaczego ja? Dlaczego nie ktoś inny?! - Wrzeszczałam. Na kogo? Na siebie. Bo niby na kogo miałabym się drzeć? Już od ośmiu lat przebywałam w osamotnieniu, odizolowana od świata. OD ŻYCIA! Wzięłam zdjęcie z szafki. Byłam na nim z moimi rodzicami. Tacy szczęśliwi, idealni, sztuczni. TACY CHOLERNIE SZTUCZNI! Rzuciłam nim o ścianę. Szkiełko i ramka rozpadły się w drobny mak. Usiadłam w przeciwległym kącie. Skuliłam się, ukryłam twarz i łzy. Moja cela Mój pokój był zniszczony. Podczas pierwszego przyjazdu do "Instytutu Likwidacji" milczałam, bałam się, przeżywałam. Byłam tylko dzieckiem, a moją jedyną bronią były wrzaski i tupanie nogą. Wstałam. Otrzepałam zdjęcie z kawałków szkła. Wróciło wszystko. To jak znalazłam się w psychiatryku. Wszystko znów pojawiło się przed oczami.
8 lat wcześniej.....
Młoda dziewczyna siedziała w kącie bazgrząc coś na ścianie. Napisała "Destroy me" i narysowała płonące drzewo.
- Nie pozwól im wejść, nie pozwól zobaczyć, bądź grzeczną dziewczynką..... - Nuciła. Wtedy do pokoju weszli rodzice.
-Luna, czas do szkoły - Powiedziała matka. Luna szkołę zmieniała bardzo często, wydawało jej się że nie chodziła do prawdziwej szkoły, tylko do tymczasowego domu opieki. Kobieta rzuciła córce torbę. Dziewczyna stała przez chwilę, nie wiedząc co robić. Stała na środku pokoju, myśląc co zrobiła źle że rodzice tak ją nienawidzą. Podniosła torbę,i wyszła na tyle cicho na ile pozwalała jej pozwalała niezbyt rozwinięta koordynacja. Podeszła do schodów i przykucnęła by jej nie widziano, by jej nie widziano.
- ONA NIE JEST NASZYM DZIECKIEM! - Krzyczała kobieta.
- no cóż... nie da się ukryć że Luna ma.... twoje oczy...
- Moje oczy? MOJE OCZY? TO SĄ OCZY DEMONA! - Krzyknęła. Lunie wzbierało się na płacz. Pamiętała jaki jej matka dała "Prezent" na ósme urodziny. Chciała ją zabić. Chwyciła nóż chcąc rozkroić skórę córki i zobaczyć czy w jej piersi bije ludzkie serce. Prawie do tego doszło, gdyby nie Nick, starszy brat Luny który powstrzymał przed jej zabiciem. Niestety, ona nadal ma po tym bliznę na brzuchu.
- Jesteś pewna? nie będziesz żałować?
- A kto by żałował Demona? Dziecka o duszy ciemności! - Zapytała kobieta. Jej głos był pełny napięcia. Luna nie chcąc dłużej tego słuchać wstała i zeszła na dół przerywając dyskusję rodziców,
- To jak? idziemy? - Zapytała zadając sobie pytanie "Co robię źle?". Zawsze, gdziekolwiek się pojawiła była niechciana i odrzucana przez ludzkość.
Wyszła z rodzicami na dwór. Na podjeździe stał van, a przy nim dwaj mężczyźni ubrani na biało.
- to ona - powiedziała matka. Obaj podeszli do dziecka i chwycili je za ramiona. Wrzucili ją na tył vana.
- CO? Co się dzieje? - Pytała. Stanęła przy drzwiach - MAMO! TATO! - Krzyczała łkając i uderza-jąc w drzwi delikatnymi, drobnymi rączkami patrząc jak jej rodzice się oddalają. Usiadła w kącie. Zaczęła płakać. W bagażniku było ciemno i strasznie.
- ciemno jak w mojej duszy, mrocznie jak w moim sercu, samotnie jak w moim życiu - Powiedziała cicho. Wtedy poczuła że van się zatrzymał. Drzwi się otworzyły. Ci sami dwaj mężczyźni którzy ją tam zamknęli teraz chwycili ją za ramiona i wnieśli do wielkiego, szaro-białego domu. W oknach były grube kraty. Zanieśli ją do mrocznego pomieszczenia pełnego lekarstw i "Narzędzi tortur". Kazali jej się położyć na jednym z przyrządów. Do pokoju wszedł facet w czarnym skórzanym płaszczu obitym ćwiekami i w hełmie,  przez który nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy, lecz Luna była pewna że jego oczy są pełne nienawiści. Przypiął ją pasami do urządzenia i poddał elektrowstrząsom.

CHWILA DZISIEJSZA...... 

- NIE! Ja nie chcę tego pamiętać! - Krzyczałam. Nadal wspominałam Nicka, jedyną osobę we wszechświecie, która traktowała mnie jak człowieka, a nie jak bestię którą z resztą jestem. Od jakiegoś czasu, powoli zaczynam zgadzać się z tym stwierdzeniem. Ale... Nicka już nie ma! Umarł na raka kilka lat temu, gdy ja byłam w tym "cudownym miejscu". Zgniotłam zdjęcie i wrzuciłam do zsypu na śmieci. Wyrzuciłam to, jak resztki mojego człowieczeństwa, które zniknęły już dawno. Byłam zaskoczona tym, że jeszcze nigdy nie spróbowałam wskoczyć do zsypu i uciec, Resztki szkła znalazły się pod moim łóżkiem. Spojrzałam na solidne, stalowe drzwi z żelazną zasuwą. Miliony razy próbowałam je otworzyć - bezskutecznie. W końcu, w wieku siedemnastu lat dałam sobie z tym spokój. Usiadłam w kącie, i czekałam na swój koniec, który miałam nadzieję, był bliski.

CDN

Od Autorki
Sorry, to dopiero pierwszy rozdział, który jest tak jakby... wprowadzeniem w świat Luny. Obiecuję, drugi będzie dłuższy (chyba że nie chcecie)