Muzyka

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 1



No zestrzel mnie
Nie stracę nic 
Śmiało więc, bij
Namierzasz cel
Trafiasz mnie
Podnoszę się
Nie zniszczysz mnie

Obudziłam się o piątej ranu. Miałam koszmary - jak co noc. Wstałam. Włosy miałam tłuste i ogółem cała śmierdziałam potem (co mi czasami zapachem przypominało nagrzany pasztet), i winą. Usiadłam w kącie. Odgarnęłam włosy z czoła, uświadamiając sobie, że być może, nie jestem pierwszą osobą która znajdowała się w tym położeniu. Może ktoś przede mną siedział w tym właśnie kącie, łkając i myśląc o własnym końcu? Usłyszałam żelazną zasuwę. Podniosłam głowę ukrywając dziennik. Drzwi się otworzyły. Kto by pomyślał? Ja próbowałam je otworzyć miliardy razy, i nic z tego nie wyszło, a im to przyszło z taką łatwością.
- Przydzielamy ci współlokatora  współwięźnia, nikt nie chce być samotny   dziwak jak ty! Koniec odizolowania od świata!  Już nigdy nie ujrzysz blasku słońca. Z pewnością się zaprzyjaźnicie  radzę ci się z nim dogadać, albo zjecie się nawzajem - Powiedzieli. Do mojej celi, zawsze pustej, w której byłam jedyną żyjącą istotą wszedł chłopak. Miał ciemnie włosy, lekko wygolone przy uszach. Był umięśniony, dobrze zbudowany, idealnie symetryczny. Miał na sobie bokserkę i zwyczajne dżinsy wsadzone w czarne trapery. Jak ja dawno nie widziałam dżinsów! Miał piwne oczy. Wszedł na luzie do celi. Wtedy dostrzegłam na jego ramieniu zwisał czarny skórzany płaszcz z czerwoną podszewką od spodu. Podsumowując  był po prostu typowym przystojniakiem i typem złego chłopca.
- Hej! - Powiedział  gdy drzwi znów zostały zamknięte. Milczałam. - Kim jesteś? - Zapytał. Skuliłam się. Ukryłam twarz. Nie chciałam spojrzeć mu w oczy i pokazać mu, jak straszną istotą jestem. No cóż, zdziwiło mnie, że nie zauważyłam drugiego łóżka, nieopodal mojego. Pewnie wnieśli je w nocy, a ja byłam zbyt przejęta koszmarami, by się budzić z  byle powodu. Wpatrywał się we mnie. Skanował. Przetwarzał dane, jak najlepszy komputer. - Boisz się mnie - Stwierdził. "no nie gadaj!" pomyślałam - Nie powinno tak być. Będziemy tu razem mieszkać, powinniśmy się przyjaźnić, lub przynajmniej tolerować - Z trudem powstrzymywałam śmiech. Z taką bestią jak ja, nie da rady się przyjaźnić. Siedziałam na parapecie z podkulonymi nogami. - Nie chcesz ze mną rozmawiać? czy po prostu nie mówisz? - Wpatrywałam się w okno. Poza kratami nie widziałam nic, ale to i tak lepsze niż patrzenie na kogoś kto za chwilę i tak będzie próbował mnie zabić. - Czy ty mnie słyszysz? - Zapytał.
- Tak! Cholernie dobrze słyszę, i mam cię dość! Ledwo co wszedłeś do mojej celi i już chcesz wszystko zmienić. Do tej pory, było tu cicho i nikt nic nie mówił. Więc radze ci się przymknąć, bo chcę mieć spokój - Odwróciłam głowę w jego stronę. Patrzył na mnie oszołomiony.
- DOBRA! Nie musisz być taka agresywna! Spięłaś się jak mrówka do srania! - Powiedział i położył się na swoim łóżku. Ja nadal siedziałam skulona. Bałam się go, choć wiedziałam że wystarczy trochę siły i skupienia a już by było po nim. Nie wiem jak, ale bym się go pozbyła. Co prawda.. nie był groźny, przynajmniej nie dla takiego potwora jak ja, ale lubię siedzieć sama bez.... bez kogokolwiek z kim można prowadzić ciekawe rozmowy  kogo mogłabym skrzywdzić. Minuty  w ciszy mijały. Wtedy się odezwał - A kiedy dostajemy szamę?
- Prawie nigdy... - Odpowiedziałam cicho.
- Czyli że co? Mamy cały dzień spędzać w tej pieprzonej celi, a jeżeli będą mieli zajebisty humor to być może nas nakarmią? - Skinęłam głową - ZAJEBIŚCIE! - Wrzasnął i uderzył pięścią w ścianę. Myślałam że zaraz zapadnie się na nas sufit. Całe szczęście  Niestety tak się nie stało. Chciałam już doczekać swojego końca. Pewnie i tak on nie nadejdzie. Bo ten pierdolony świat jest do dupy, a śmierć o mnie zapomniała! - No i co teraz? Zabrali mnie tu a ja nawet śniadania nie zjadłem! - Krzyczał. Ja całe szczęście miałam dobry kontakt z szefem kuchni. Zawsze rano przynosił mi bułkę.
- Masz - Podałam mu suchą bułkę z masłem i czymś co najprawdopodobniej było szynką. - Jedz i ale bądź cicho, próbuję się wyciszyć żeby przynajmniej dzisiaj nie wpaść w furię. - Znów usiadłam na parapecie.
- Ok.... - Bez słowa zaczął jeść. - A więc skąd jesteś? - Wypytywał. Przecież ten frajer miał siedzieć cicho! Milczałam. - Hej! Mówię do ciebie!
- CO JEST? DLACZEGO MNIE TAK CIĄGLE WYPYTUJESZ,CO? ZGŁĘBMY DUSZĘ LUNY, POZNAJMY LUNĘ. SORRY, ALE NIKT MNIE NIE I TAK NIE ZNA A JA NIE ZAMIERZAM Z TOBĄ ROZMAWIAĆ DŁUŻEJ NIŻ TO KONIECZNE! - Wrzasnęłam. Uśmiechnął się.
- Uświadamiasz sobie, że właśnie zdradziłaś mi swoje imię?- Tego nie przewidziałam. Miałam go przestraszyć, żeby się zamknął i przestał robić z siebie idiotę a on tylko się śmieje - Miałaś zamiar mnie przestraszyć tak? Niestety moja droga, ja jestem nieustraszony! - Wsadził ręce do kieszeni. Przekrzywił głowę, świat łamie się na pół. Moje serce bije szybciej. OPANUJ SIĘ< OPANUJ SIĘ! OGARNIJ EMOCJE!
- Jest pięta rano, może chcesz iść spać? - Chrząknęłam.
- O kurwa! Zabrali mnie tutaj tak wcześnie? Ja się czułem jak o piątej piętnaście....
- A jest jakaś różnica?
- Hmm no tak! Chodziło mi o siedemnastą..... - Zaczął myśleć. Położył się na łóżku. Zamilknął.

Dante

Luna cały czas tylko siedzi i patrzy się w okno, Nie wiem co ona takiego przeszła ale... cały czas musiała być sama. Sama cierpiała, sama była w każdym momencie swojego życia. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ona odpowiada mi tylko na pytania "Tak" "Nie" albo "nie wiem" i coś pisze w dzienniku. 
- Juz dwudziesta, radze ci iść spać, bo śniadanie dają o piątej a jak nie wstaniesz to ci minie jedyny posiłek - Powiedziała. I tak leżałem. Wpatrywałem się w sufit bez słów. Ona siedziała na parapecie wpatrując się w żelazne kraty
 - Spojrzeniem ich nie wyłamiesz. - Mruknąłem pod nosem. Przewróciłem się na bok, plecami do niej.
- Nie gadaj - Chyba mnie nie lubiła. Zaśmiałem się - MOJE CIERPIENIE ROBI CI FRAJDĘ? - Zapytała.
- Tak, to jest zajebiście zabawne. - Wzruszyłem ramionami. - Sama każesz mi spać, a się nie kładziesz..
- Bo nie chcę. Ja nie śpię. Potwory nie śpią - Potwory? Jakim ona była potworem? Piękne i  długie czarne włosy. Duże, lśniące oczy, idealnie blada skóra.
Wpatrywała się w księżyc. Odgarnęła włosy z twarzy. Oparła głowę o ścianę. 

Luna

Zadzwonił "alarm".
- O KURWA! Co się stało do jasnej cholery!? Pożar? WIEDZIAŁEM! Wiedziałem że z tym pierdolonym miejscem jest coś nie tak do jasnej cholery! - Dante zaczął panikować.
- Nie pożar, tylko kąpiel. - Powiedziałam. 
- PIERDOLISZ! - Krzyknął. 
- Nie. Daj mi rękę. Mamy pięć minut! - Chwyciłam go za rękę. Drzwi się otworzyły. Na korytarzu było ciemno. 
- Że co? Pięć minut? Dlaczego tylko tyle?
- Normalnie jest piętnaście, ale odejmując czas przejścia i dobicia się do łazienki właśnie tyle zostaje. No i jeszcze odejmując powrót. - Chwyciłam go za nadgarstek i pobiegłam po omacku. Znałam te korytarze jak nikt. Ja byłam najczęściej wywożona do tych różnych pokoi tortur które miały nam pomagać. Niestety, tylko wprowadzały nas w obłęd.
- Ok! Masz mydło! - Podałam mu małą kostkę mydła. Tylko tyle zostało.  Zostały dwie małe kostki mniej więcej tego samego rozmiaru.
- A co mam zrobić z ubraniem? - Zapytał.
- Ymm zdjąć? - Zapytałam retorycznie.
- Nie o to chodzi! Gdzie mam je zostawić?
- Odłóż gdzieś na bok. I szybko! Zostały dwie minuty! - Powiedziałam. Ja oczywiście miałam najłatwiej. Rozciągnięta długa koszulka i leginsy które ściągnęłam jednym płynnym ruchem. Szybko odkręciłam korek. Moje ruchy były mechaniczne. Zimna woda zaczęła cieknąć po mojej twarzy. Zakręciłam. Podałam Dantemu ręcznik.
- Tak szybko?
- Musimy szybko dojść do celi inaczej nie dostaniemy śniadania - Powiedziałam ponuro. Chwyciłam go za rękę i pobiegłam ciągnąc go za sobą. Zaczęły zapalać się światła. W ostatniej chwili zdążyliśmy. Drzwi się zamknęły, a blade światło znów rozjaśniło celę. Wtedy zauważyłam że w celi nie było Dantego. Usłyszałam odgłosy bójki. Wtedy został wepchnięty do celi.
- Młoda! - Krzyknął jeden ze strażników. Podniosłam głowę. - Śniadanie - Stałam chwilkę zastanawiając się co zrobić. Pójść czy zostać z Dantem i zobaczyć co się stało. - SZYBCIEJ! - Popędzali. Wyszłam. Oglądając się niepewnie za siebie.

Dante

Drzwi celi zostały automatycznie zamknięte. Poczułem czyjąś zimną dłoń na ramieniu.
- Wiesz z czym to się wiąże - Powiedział basowy głos.
- Wiem - Odwróciłem się w jego stronę - Ale nie będzie wam ze mną tak łatwo - Walnąłem mu z kolana w brzuch. Zablokowałem cios. Prawy sierpowy, lewy sierpowy. Skoczyłam na jego barki i zabrałem mu paralizator. Wycelowałem w niego. Niestety wykręcił mi rękę i wrzucił do celi gdzie Luna już czekała. Stała na środku z mokrymi włosami. 
- MŁODA! - Krzyknął facet - Śniadanie - Ona stała przez chwilę, po czym wyszła. Nie zważała na mnie. Wcale. Tylko pomogła mi trafić do prysznica.... Nie rozumiem. Może to pora żeby mieć ją w dupie.... żeby przestać się zamartwiać i zacząć pieprzyć cały świat? Byłe żeby przestać czuć. Drzwi się zamknęły. Położyłem się na łóżku. Próbowałem sobie przypomnieć przeszłość. Krew. Pełno krwi. Wampiry. Zabiły mnie, ukradły moją duszę. Zabiły to kim byłem, ukradły to kim byłem. Nie pamiętam nic sprzed tego okresu. Tylko wampiry. Kto mnie uratował? ktoś kto mnie teraz tu posadził. Poczułem jak moje ręce stają się gorące. Serce zaczęło bić szybciej.
- OPANUJ TO! OPANUJ TO! - Krzyczałem sam na siebie by się uspokoić. Wpatrzony w sufit leżałem na łóżku. Jak Luna to robiła? Cały czas odkąd tu jestem była taka opanowana... taka cicha... a mówili mi że ona jest agresywna....

* - Witaj Dante w Instytucie Likwidacji - Powiedział kierownik oddziału. - Miło wiedzieć że istnieje chociaż jedna osoba, na tyle odważna żeby sama się tu zgłosić ze swoim upośledzeniem - Mówił. - Niestety, wolna jest tylko cela jednej z naszych najgorszych podopiecznych. Wróżymy jej daleką śmierć.. Jest zbyt silna... zbyt niebezpieczna. - Mówił. - Mam nadzieję że się dogadacie... i że będzie w miarę ogarnięta." Instytut Likwidacji? Ten facet był przecież zajebiście miły....." pomyślał Dante. Strażnicy go prowadzili do celi. 

- Młody - Powiedział do niego jeden z nich - Ta dziewczyna jest trudna. Nawet my jej nie złamaliśmy. Próbowaliśmy już wszystkiego, a ona nadal albo wpada w furię albo myśli...

- KENT! Ta bestia nie myśli! - Powiedział drugi. Dante miał ochotę mu przywalić. - Przecież ona ciągle tylko siedzi przy tym oknie! Pamiętasz jak ostatnio uciekła? O boże! Jak nią rzucało... 

- Luna nie jest psycholką - Powiedziałem do siebie - Ona po prostu miała trudne dzieciństwo.. - Bo kto nie miał trudnego dzieciństwa? Ona  siedzi tutaj od dwunastego roku życia, tyle się dowiedziałem przynajmniej z jej akt. Musiała szybko dorosnąć, szybciej dojrzeć. Nie mogła płakać za mamusią i tatusiem, który tak ją kochali ze aż się jej pozbyli. Pozbyli się również moich rodziców. Powód? Nie byłem pewny. Oni przecież byli normalni. Nie byli groźni, chcieliśmy wieść normalne życie.. Niestety, Instytut likwidacji nam je odebrał! 

14 lat wcześniej...

Mały chłopiec został pozostawiony w lesie. Dorwały go wampiry. Czy to był Dante? Tak. Był pewien, że zginie. Że zostanie zabity... Pojawił się wysoki, srebrnowłosy mężczyzna. Polała się krew. Mnóstwo krwi. Śnieg przesiąkł czerwienią. Chłopak odwrócił się w stronę Dantego. Twarz miał umazaną krwią. W ręku trzymał yamato. 
- Nic ci nie jest? - Zapytał. Dante nie mógł mówić. Skinął głową. - To dobrze. Gdzie twoi rodzice? 
Dante nie mógł nic powiedzieć. Bał się. - Młody? Coś nie tak?
- Ja.... ja nie mam rodziców... - chłopak zaniemówił - Zostały zabite przez wampiry. Oni kazali mi uciekać z wujkiem. On mnie tu zostawił i poszedł walczyć z wampirami... już nie wrócił.... - Dantemu napłynęły łzy do oczu. 
- Chodź młody - Mężczyzna około dwudziestoletni wziął go za rękę i poprowadził do najbliższego domu. 


CHWILA DZISIEJSZA....

- tyle krwi.... - Powiedziałem. Ta krew. Ona skaziła moją duszę. Wydawało mi się, że coś kapie na moją głowę. Wydawało mi się, że to krew, To było złudzenie. 

LUNA

- I jak młoda? - Zapytał mnie Ric gdy mieszałam widelcem w jakiejś szarawo-czerwono-.żółtej papce. 
- Obrzydliwe - Powiedziałam.
- Szczera, jak zwykle! - Podsumował. Podał mi pod żelaznym stołem paczkę.
- tylko jedna? - Szepnęłam.
- Zawsze była jedna. Skąd ta zmiana?- Zapytał.
- Wiesz że do instytutu doszedł nowy. - Skinął głową - No i on dzisiaj nie dostał śniadania, i najprawdopodobniej przez o, że walczył z nimi nie dostanie w najbliższych trzech tygodniach, a może nawet dłużej...
- Aham....
- Chodzi o to że... Czy mógłbyś....
- Mam mu też robić paczkę? - Odgadnął. Ric zna mnie cholernie dobrze  Ric nie zna mnie aż tak dobrze jak mu się zdaje. 
- Tak.
- Jasne... tylko ostrzegam, nie będą takie wypasione jak twoje - Odszedł od stołu. Ja skończyłam jeść kaszopodobne coś i powiadomiłam strażników że idę. Paczkę od Rica schowałam pod koszulką (dlatego była taka rozciągnięta) u wyszłam. 

DANTE

Luna wchodzi do celi.
- Zostawiłaś mnie - Powiadomiłem ją.
- Mogłeś się z nimi nie bić. 
- Mogłem, ale chciałem się z nimi bić więc ich pobiłem. - Wyjęła coś spod koszulki. Papierowa torba. 
- masz! - Rzuciła mi jabłko.
- Skąd to masz?
- Ty nie wiesz, o Ric'u? Kucharz. Jedyna pozytywna osoba w tym koszmarnym miejscu. Powiedziałam mu o tobie. Będzie robił ci takie paczki jak mi, tylko "nie takie wypasione" - Wzruszyła ramionami - Nie ma za co - Znów usiadła na parapecie. 
- Jak dobrze go znasz? - Spytałem.
- Na tyle dobrze, żeby wiedzieć że mogę mu ufać - Wzruszyła ramionami - Tobie też radzę zacząć. Wyjęła bułkę i zaczęła jeść. Zdziwiła mnie. Z jednej strony - ma mnie w dupie, z drugiej strony - opiekuje się mną. Pojebany ten świat. 



        


piątek, 16 stycznia 2015

Wstęp

Chwila dzisiejsza....

- Mam już tego dość! - Krzyknęłam w napadzie złości - KURWA! Dlaczego to właśnie ja? Dlaczego ja? Dlaczego nie ktoś inny?! - Wrzeszczałam. Na kogo? Na siebie. Bo niby na kogo miałabym się drzeć? Już od ośmiu lat przebywałam w osamotnieniu, odizolowana od świata. OD ŻYCIA! Wzięłam zdjęcie z szafki. Byłam na nim z moimi rodzicami. Tacy szczęśliwi, idealni, sztuczni. TACY CHOLERNIE SZTUCZNI! Rzuciłam nim o ścianę. Szkiełko i ramka rozpadły się w drobny mak. Usiadłam w przeciwległym kącie. Skuliłam się, ukryłam twarz i łzy. Moja cela Mój pokój był zniszczony. Podczas pierwszego przyjazdu do "Instytutu Likwidacji" milczałam, bałam się, przeżywałam. Byłam tylko dzieckiem, a moją jedyną bronią były wrzaski i tupanie nogą. Wstałam. Otrzepałam zdjęcie z kawałków szkła. Wróciło wszystko. To jak znalazłam się w psychiatryku. Wszystko znów pojawiło się przed oczami.
8 lat wcześniej.....
Młoda dziewczyna siedziała w kącie bazgrząc coś na ścianie. Napisała "Destroy me" i narysowała płonące drzewo.
- Nie pozwól im wejść, nie pozwól zobaczyć, bądź grzeczną dziewczynką..... - Nuciła. Wtedy do pokoju weszli rodzice.
-Luna, czas do szkoły - Powiedziała matka. Luna szkołę zmieniała bardzo często, wydawało jej się że nie chodziła do prawdziwej szkoły, tylko do tymczasowego domu opieki. Kobieta rzuciła córce torbę. Dziewczyna stała przez chwilę, nie wiedząc co robić. Stała na środku pokoju, myśląc co zrobiła źle że rodzice tak ją nienawidzą. Podniosła torbę,i wyszła na tyle cicho na ile pozwalała jej pozwalała niezbyt rozwinięta koordynacja. Podeszła do schodów i przykucnęła by jej nie widziano, by jej nie widziano.
- ONA NIE JEST NASZYM DZIECKIEM! - Krzyczała kobieta.
- no cóż... nie da się ukryć że Luna ma.... twoje oczy...
- Moje oczy? MOJE OCZY? TO SĄ OCZY DEMONA! - Krzyknęła. Lunie wzbierało się na płacz. Pamiętała jaki jej matka dała "Prezent" na ósme urodziny. Chciała ją zabić. Chwyciła nóż chcąc rozkroić skórę córki i zobaczyć czy w jej piersi bije ludzkie serce. Prawie do tego doszło, gdyby nie Nick, starszy brat Luny który powstrzymał przed jej zabiciem. Niestety, ona nadal ma po tym bliznę na brzuchu.
- Jesteś pewna? nie będziesz żałować?
- A kto by żałował Demona? Dziecka o duszy ciemności! - Zapytała kobieta. Jej głos był pełny napięcia. Luna nie chcąc dłużej tego słuchać wstała i zeszła na dół przerywając dyskusję rodziców,
- To jak? idziemy? - Zapytała zadając sobie pytanie "Co robię źle?". Zawsze, gdziekolwiek się pojawiła była niechciana i odrzucana przez ludzkość.
Wyszła z rodzicami na dwór. Na podjeździe stał van, a przy nim dwaj mężczyźni ubrani na biało.
- to ona - powiedziała matka. Obaj podeszli do dziecka i chwycili je za ramiona. Wrzucili ją na tył vana.
- CO? Co się dzieje? - Pytała. Stanęła przy drzwiach - MAMO! TATO! - Krzyczała łkając i uderza-jąc w drzwi delikatnymi, drobnymi rączkami patrząc jak jej rodzice się oddalają. Usiadła w kącie. Zaczęła płakać. W bagażniku było ciemno i strasznie.
- ciemno jak w mojej duszy, mrocznie jak w moim sercu, samotnie jak w moim życiu - Powiedziała cicho. Wtedy poczuła że van się zatrzymał. Drzwi się otworzyły. Ci sami dwaj mężczyźni którzy ją tam zamknęli teraz chwycili ją za ramiona i wnieśli do wielkiego, szaro-białego domu. W oknach były grube kraty. Zanieśli ją do mrocznego pomieszczenia pełnego lekarstw i "Narzędzi tortur". Kazali jej się położyć na jednym z przyrządów. Do pokoju wszedł facet w czarnym skórzanym płaszczu obitym ćwiekami i w hełmie,  przez który nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy, lecz Luna była pewna że jego oczy są pełne nienawiści. Przypiął ją pasami do urządzenia i poddał elektrowstrząsom.

CHWILA DZISIEJSZA...... 

- NIE! Ja nie chcę tego pamiętać! - Krzyczałam. Nadal wspominałam Nicka, jedyną osobę we wszechświecie, która traktowała mnie jak człowieka, a nie jak bestię którą z resztą jestem. Od jakiegoś czasu, powoli zaczynam zgadzać się z tym stwierdzeniem. Ale... Nicka już nie ma! Umarł na raka kilka lat temu, gdy ja byłam w tym "cudownym miejscu". Zgniotłam zdjęcie i wrzuciłam do zsypu na śmieci. Wyrzuciłam to, jak resztki mojego człowieczeństwa, które zniknęły już dawno. Byłam zaskoczona tym, że jeszcze nigdy nie spróbowałam wskoczyć do zsypu i uciec, Resztki szkła znalazły się pod moim łóżkiem. Spojrzałam na solidne, stalowe drzwi z żelazną zasuwą. Miliony razy próbowałam je otworzyć - bezskutecznie. W końcu, w wieku siedemnastu lat dałam sobie z tym spokój. Usiadłam w kącie, i czekałam na swój koniec, który miałam nadzieję, był bliski.

CDN

Od Autorki
Sorry, to dopiero pierwszy rozdział, który jest tak jakby... wprowadzeniem w świat Luny. Obiecuję, drugi będzie dłuższy (chyba że nie chcecie)